środa, 29 czerwca 2016

Drimer - własna droga. Rozdział XXIII

     Karo przez dobrą chwilę stał w miejscu z otwartym pyskiem, mrugając ze zdziwienia i nie mogąc wydobyć z siebie słowa. W końcu się otrząsnął. Zaczął chodzić w kółko i rozkopywać śnieg z nerwów. Nora o wszystkim wie. To, co powiedziała, nie mogło być przypadkowe. Podsłuchiwała ich? Czy dorośli zawsze muszą wtrącać się w nie swoje sprawy i wszędzie ogłaszać te prawdy życiowe?! Nie, nie może tego tak zostawić.
     Ruszył biegiem za waderami, które zdążyły się już od niego oddalić o dobre kilkadziesiąt metrów. Zrównał się z nimi i zajął miejsce po stronie ciotki.
     - Możemy porozmawiać? Teraz - dodał dobitnie - tutaj i sami.
     Dorosła samica wymieniła kilka spojrzeń z Moon, mówiących, że dalej ma iść sama. Ta natychmiast spełniła prośbę, nawet nie zerkając na brata.
     - Więc o czym chcesz rozmawiać? - Nora uśmiechnęła się. Chciała być miła, ale na Kara zadziałało to wręcz odwrotnie w stosunku do zamierzonego efektu. Myślał, że wilczyca próbuje go udobruchać. Nie ma mowy, nie da się tak łatwo.
     - Jak długo tam stałaś? - zapytał bez ogródek. Był opanowany, nic nie zdradzało jego emocji.
     - Zawołałam was, jak tylko się zbliżyłam. Krzyczenie z daleka byłoby bez sensu.
     - Jak tylko się zbliżyłaś? A może przez jakiś czas stałaś kawałek od nas i słuchałaś? - W tym momencie nie udało mu się ukryć wyrzutu i oskarżenia w głosie.
     - O nie kochany, tak nie będziemy rozmawiać. Jeśli chcesz na mnie zrzucać swoją niepewność, to źle trafiłeś. Moon miała rację, powinieneś przemyśleć kilka swoich zachowań, a dopiero później, po wyciągnięciu wniosków, rozmawiać z tymi, którzy chcą ci pomóc. - Odwróciła się od basiora, żeby odejść.
     - Więc skąd o wszystkim wiesz?! - Postawił wszystko na jedną kartę. Jeśli po prostu miał paranoję, to wszystko stracone.
     - Bo żyję trochę dłużej niż ty i widziałam już wilki wyrywające się na świat, wymykające się na granicę terytorium, patrzące ze strachem na członków stada, bo mogli poznać tajemnicę...
     - To aż tak widać? - Basior przerwał Norze, odwracając wzrok. Zaczynał żałować swojego wybuchu.
     - Zależy jak bardzo ktoś jest uważny. Nie, twoi rodzice nic nie wiedzą. Nie potrafią obiektywnie ocenić sytuacji. Taht i Ronon tym bardziej. Mają wystarczająco dużo problemów, w tym ze swoimi dziećmi.
     - Ale...
     - Roy i Orion? Tak, wiem też o nich. Ostatnio wyjątkowo trzymacie się razem. Schemat jednak jest ten sam. Ramira i Marley nie zauważają zachowania Roy'a, Orionem się nie interesują, a z kolei z nim sytuacja jest identyczna.
     - Dziwne. Mówi się, że to rodzice pierwsi zobaczą, że coś się dzieje z dziećmi.
     - Niektórych rzeczy podświadomie wolą nie widzieć.
     - A ty? Dlaczego przyglądałaś się nam tak uważnie? Czy to dlatego, że... nie masz własnych dzieci? - Karo czasem chciałby ugryźć się w język zawczasu, ale zdawał sobie z tego sprawę, gdy niechcianych słów nie można było cofnąć.
     - Wiem, do czego zmierzasz i może odpowiem w ten sposób. Są osobniki stworzone do przywództwa i takie, którymi można rządzić, bo potrafią zaakceptować swoje miejsce w stadzie. Ja należę do tej drugiej grupy. Teraz ty zastanów się, czy należysz do pierwszej.
     - Każdy lubi rządzić. Nawet ty nie pozwalasz, żeby ktoś za bardzo ci rozkazywał.
     - To wiąże się ze wspomnianą akceptacją miejsca w watasze. Skoro wiem, ile jestem warta, to nie pozwolę, żeby ktoś mnie poniżał. Tak w ogóle to nie, nie każdy lubi rządzić i dobrze takie osobniki znasz.
     - Roy i Orion. - Wilk wymienił po raz kolejny w trakcie tej rozmowy imiona brata i kuzyna, z lekkim uśmiechem. - A więc Shadow też odejdzie?
     - To zależy tylko od niego. Może uda mu się zdobyć przywództwo? Siłą albo podstępem... Po nim można się wszystkiego spodziewać. A może się dostosuje? Może ktoś go do tego nakłoni...
     - Zmusi - poprawił Norę dwulatek. - Wątpię, żeby siła perswazji wystarczyła w tym przypadku.
     - Często takie zachowanie, agresja, wręcz przemoc, ma ukryć słabą psychikę.
     - Nie wydaje mi się. Nie u Shadowa.
     - Zastanów się lepiej. Przecież to logiczne. Jeśli nie możesz komuś zaimponować własną osobowością, szukasz elementu zastępczego.
     - Silna osobowość może również podnieść samoocenę i nakłonić do zachowywania się jak król i władca. Samozwańczy.
     - Też racja - skomentowała Nora. - Jesteś mądry. Na pewno podejmiesz właściwą decyzję.
     - W jakiej sprawie? - Spojrzał na waderę.
     - Odejścia z watahy.
     - Ale przecież decyzja jest już podjęta. Odchodzę. Wiem nawet jak to zrobić...
     - W młodości wszystko wydaje się takie łatwe, oczywiste. Szkoda, że prawda okazuje się inna. - Wadera zwiesiła głowę.
     - Nie rozumiem.
     Wilki zatrzymały się. Cały czas podczas rozmowy kierowały się w stronę legowiska, powolnym krokiem, właściwie bezwiednie. Rozmowa między nimi była tak szczera i naturalna, że nie myśleli o jej zakończeniu. Karo nigdy nie pomyślał o Norze jako o potencjalnym sojuszniku. Co tu dużo mówić, nigdy nie pomyślał, że może ona tak trzeźwo patrzeć na świat i uświadomić mu wiele rzeczy. Nie tylko logicznymi argumentami, ale życiowym doświadczeniem, które obejmowało dużo więcej niż mógł sobie wyobrazić.
     - W tej chwili jesteś pewny siebie i własnego postępowania. Może się to zmienić w jednej chwili, na przykład kiedy obejrzysz się na żegnającą cię rodzinę i uswiadomisz sobie, że nigdy więcej ich nie zobaczysz. Nigdy nie będziesz mógł poprosić ich o pomoc ani zrzucić na nich swoje niepowodzenia.
     - Byłaś tego świadkiem?
     - Tak, dawno temu. - Wilczyca odwróciła wzrok, omiotła nim szczyty górskie i odznaczającą się w oddali rzekę. Zatopiła się we wspomnieniach.
     - Mówisz o sobie? - zaciekawił się Karo.
     - Co? Nie! - Natychmiast zaprzeczyła Nora. - Mówię o Baronie, rodzonym bracie Taht i Kada, a moim przyrodnim. Powody jego zachowywania były jednak zupełnie inne.
     Samica obejrzała się na siostrzeńca, była ciekawa, czy go to interesuje. Karo cierpliwie czekał na ciąg dalszy historii.
     - Po prostu stchórzył. To nie była przemyślana decyzja. W Cremo pojawił się kłusownik, pierwsze wilki zaczęły ginąć, nie wracały ze spacerów albo po tym, jak rozdzieliły się podczas polowania. W stadzie narastała panika. Nie mieliśmy pojęcia, co się dzieje. Wyobraź sobie, że pojawiły się nawet teorie o duchach jakichś watah żyjących tu przed nami. Nie powiem ci więcej szczegółów na ten temat, bo nigdy się tym nie interesowałam i nie przywiązywałam do nich uwagi. Zresztą akurat to jest najmniej ważne. Myśleliśmy nawet o opuszczeniu terytorium. Nie wiedzieliśmy, że okoliczne stada spotyka to samo. W każdym razie twórcą tej strategii był właśnie Baron. Nie przesadziłabym z określeniem, że Shadow odziedziczył coś po wujku.
     - Wszystko zostaje w rodzinie? - zaśmiał się Karo.
     - Coś w tym stylu - przytaknęła wadera. - Baron lubił rządzić i miał aspiracje na alfę. Wymyślił, że sam wyprowadzi stado, skoro Orion i Tina nie chcą wykonać jego planu. Oczywiście wszyscy członkowie, mimo pewnych różnic w prywatnych przekonaniach, stanęli po stronie przywódców.
     - W takiej sytuacji Baron, żeby nie wyjść na słabego i strachliwego, ogłosił, że sam odejdzie z Cremo?
     - Skąd wiesz? Słyszałeś już tę historię? - zdziwiła się Nora.
     - Nie, ale wystarczająco dobrze znam Shadowa, a skoro mówiłaś, że są podobni...
     - A, no właśnie, więc już rozumiesz. To, że właściwie dopiero w tej chwili okazał strach, to inna sprawa. Mój brat właściwie z wszystkimi już się pożegnał, a rozumieć to trzeba jako lekkie skinienie głowy, po czym stanął jak zamurowany. Wiedział, że powinien już odejść, potwierdzając swoje słowa, ale nie odsunął się na więcej niż dziesięć metrów, stawiając kroki nienaturalnie wolno.
     - Kto się nad nim zlitował? - dociekał Karo, doskonale wyobrażając sobie opisywaną sytuację i wyprzedzając wydarzenia.
     - Ja. Krzyknęłam, żeby został. Udało mi się nawet udać głos na granicy płaczu. Oczywiście nie mógł mi odmówić, kiedy powtórzyłam prośbę, dodając kilka zmyślnych argumentów.
     - Jeśli chodziłoby o Shadowa, chyba bym się tak nie poświęcił. Chociaż muszę przyznać, za kilka rzeczy, w tym dążenie do celu, podziwiam go, ale tylko trochę... - Kara ponownie zaskoczyło, z jaką otwartością opowiada wszystko ciotce.
     - Zrobiło mi się żal Barona. Wpadł w pułapkę własnej dumy, szkoda było, żeby ucierpiał tylko z tego powodu. Nie wiadomo, co by się stało, gdyby wtedy się od nas oddzielił. - Powstrzymała się od jakiegokolwiek komentarza do drugiej części wypowiedzi basiora.
     - Mówiłaś o przybieraniu maski kogoś silnego tylko dlatego, że nie ma się wystarczająco silnej i wyjątkowej osobowości. Myślałaś wtedy o nim, prawda? W pierwszej kolejności o nim.
     - Tak. Rodziny się nie zapomina. W sumie to do każdej sytuacji przywiązuje się większą wagę, jeśli wiadomo, że nigdy nie będzie mogła się powtórzyć. Mówiłam to już dzisiaj, a może niedługo i ty będziesz miał wątpliwą przyjemność poznania tego uczucia.
     Zapanowała chwilowa cisza, tylko śnieg chrzęścił pod łapami. Teren zaczął się wznosić, zbliżali się do jaskini.
     - Ostatnia sprawa - odezwał się Karo. - Co ja mam zrobić z Moon? Dowiedziała się jakiś czas temu i dzisiaj, nie wiadomo skąd, wypaliła, że ona też chce iść. Ze mną, znaczy z nami, we czwórkę. Nie wiedziałem, jak jej to wyperswadować i powiedziałem pierwszą rzecz, jaka mi przyszła do głowy. Nie było to na miejscu...
     - Co konkretnie powiedziałeś?
     - Coś w stylu, że wadery nie mogą odejść ze stada, bo to ich miejsce.
     - No to rzeczywiście, mogła się obrazić. - Nora tylko pokiwała głową.
     - Ale ja po prostu wiem, że ona tego nie przemyślała. Powiedziała to pod wpływem chwili, tak naprawdę nie czuje tego, co ja. Chciałem ją zniechęcić, a teraz będzie jeszcze bardziej uparta, żeby dowieść swego i zrobić mi na złość.
     - Sam już odpowiedziałeś sobie na wcześniejsze pytanie.
     - Nie rozumiem...
     - Pójdź do niej, przeproś i dopuść ją do waszej tajnej, zamkniętej grupy. To co zakazane bardziej kusi, dobrze o tym wiesz. Poza tym jeśli faktycznie nie czuje potrzeby odejścia, to zrezygnuje, a jeśli jednak odezwie się w niej instynkt założenia własnego stada, wyruszycie razem. Możecie rozdzielić się po jakimś czasie, kiedy każde z was kogoś znajdzie.
     - To naprawdę zadziała? A co jeśli będzie bardziej uparta niż sądziłem? Jeśli wtedy już pod żadnym pozorem nie zrezygnuje?
     - Dowiesz się czegoś nowego o siostrze. Zaliczysz ciekawą lekcję.
     Basior wymamrotał coś pod nosem, ale nie zaprotestował. Nie miał innych pomysłów i doskonale wiedział, że musi coś w tej sprawie zrobić. Nie może być tak jak teraz.
     - Ciociu... Noro - poprawił się. Wiedział, że wadera woli, kiedy mówi się do niej po imieniu. - Szkoda, że nigdy wcześniej nie rozmawialiśmy ze sobą w ten sposób.
     - Szkoda.
     Krótkie spojrzenie prosto w oczy, a później rozdzielili się. Szli do legowiska, niby mieli jeden cel, ale to już nie było to. Karo nie chciał, żeby ktoś widział go razem z Norą. Nie wiedział dlaczego, jakoś tak. Wilczyca się tego domyślała.. W jego wieku również nie mogła zrozumieć dorosłych. W przeciwieństwie do siostrzeńca zrozumiała swój błąd za późno, żeby skorzystać z większości rad.
     Powiedzenie słowa przepraszam okazało się łatwiejsze niż samiec myślał. Problem polegał na tym, że samo przepraszam nie wystarczyło. Moon nadal nawet nie chciała na niego spojrzeć, udając, że coś w okolicznych zaroślach bardzo ją interesuje. Karo dwoił się i troił, na marne. Została mu ostatnia deska ratunku. Miał nadzieję, że nie będzie musiał się do tego uciekać. Pomylił się, a Nora miała rację. Gdy tylko zaproponował siostrze dołączenie do niego, Roy'a i Oriona, natychmiast spojrzała na samca z tryumfem w oczach, który szybko starała się ukryć.
     - Wiedziałam, że w końcu do tego dojdzie, że nie będziesz mógł wiecznie bronić swoich bezsensownych argumentów.
     Karo o mało nie wybuchł. Zrozumiał, że wilczyca celowo udawała obrażoną i nie dawała się przeprosić! Miał ochotę wykrzyczeć, że jest manipulatorką i chyba traktuje tę sytuację jak zabawę. To mogło być niebezpieczne, coraz bardziej bał się, co będzie, jak wprowadzi Moon całkowicie we własne plany, czy będzie umiała się normalnie zachować, nie szukając wszędzie możliwości rywalizacji i wygranej. Powstrzymał się jednak. I tak nie mógł już się wycofać. Nie chciał się też znowu kłócić, bo mogło mu nie starczyć czasu, żeby znowu się pogodzić. On sam mógłby odejść nawet jutro, ale wiedział, że nie zrobił jeszcze najważniejszej rzeczy. Nie powiedział o wszystkim rodzicom ani przywódcom. Ronon i Taht raczej nie mogli zabronić mu odejścia, to była jego własna decyzja. Ich własna decyzja, całej trójki, bo myśl, że Moon do niech dołączy, nadal wydawała mu się nierealna. Mógłby się nawet w tej sprawie założyć. W każdym razie musiał działać szybko, bo czas uciekał, a przecież musi wszystko wytłumaczyć siostrze, chociaż uważa to za stratę czasu.
     Zaczął natychmiast, najpierw od zebrania wszystkich czterech członków swojej grupy na półce skalnej. Nie pomyślał o najważniejszym - o uprzednim wprowadzeniu brata i kuzyna w sprawę Moon. Basiory były zaskoczone i niespecjalnie zadowolone. Z upływem czasu zaczęły jednak patrzeć na samicę trochę bardziej przychylnym okiem. Kiedy doszło do opowieści wyników doświadczenia, jakie nad rzeką przeprowadził Karo, wadera miała nawet kilka cennych uwag. Wyglądało na to, że naprawdę się interesuje, zadawała pytania, jeśli coś było dla niej niejasne. Jej brat nadal nie wiedział, jakie są prawdziwe zamiary wadery, ale w końcu zostawił to w spokoju. Prawda i tak wyjdzie na jaw, a on ma ważniejsze rzeczy do ustalenia. Grupa musiała zdecydować kiedy i jak powiedzieć o wszystkim watasze, a także kto ma to zrobić.

_______________
Rozdział miał być w niedzielę, wiem, ale postaram się, żeby następnym razem wyszło lepiej. Następny rozdział powinien być 10 lipca, bo chcę publikować co drugą niedzielę przez wakacje.

Z jednej strony jestem zadowolona z rozdziału i z samej rozmowy Kara i Nory, z jej przebiegu i "poziomu", a z drugiej strony... Rozdział jest tak dialogowy, że nie wiem, czy to go nie psuje. Dlatego ostatnią część napisałam już w formie opisu.

Zrobiłam tutaj też mały eksperyment. W tym rozdziale częściej używałam imion niż określeń typu "biało-siwy samiec" itp. W drukowanych książkach tak jest i dużo łatwiej się wtedy połapać. Powiedzcie, czy to wam pasuje i czy robić tak dalej, czy nie zdaje się wam, że powtarzam te imiona za często? Pierwszy raz tak zrobiłam, więc chciałabym wiedzieć, jak to wygląda od strony czytelników. Myślę, że nie wygląda to źle.

Mająca tyle rzeczy do zrobienia w wakacje...
Akti

piątek, 15 kwietnia 2016

Drimer - własna droga. Rozdział XXII

     Marley ruszył zaraz za Rononem, chciał go powstrzymać, uspokoić, porozmawiać o tym, co było kiedyś. Byli braćmi, ale mieli zupełnie inne charaktery. Rudy basior potrafił bardzo szybko odsunąć od siebie czarne myśli, złe wspomnienia, a nie było ich mało. Starał się nie myśleć o przykrych i ciężkich chwilach życia, takie zawsze się pojawią, nie trzeba będzie ich szukać. Jego celem było skupienie się na tu i teraz. Przeszłości nie może zmienić, przyszłość nadejdzie w swoim czasie, tylko teraźniejszość należy do nas w danej sekundzie.
     Ronon tak nie potrafił. Demony przeszłości nie potrafiły go opuścić. Czasem przywoływał je na własne życzenie. Wystarczyła jedna myśl, podobna sytuacja, a nie mógł się opędzić od natłoku wspomnień lub przemyśleń. Kiedyś taki nie był. Żył z dnia na dzień, wszelkie problemy rozwiązywał bez większego zaangażowania emocjonalnego. Nawet atak Dark Lightów na jego rodzinną watahę wywołał u niego bardziej gniew niż smutek, a wściekłość dodaje siłę, można ją wykorzystać. Później poznał Taht, założył z nią rodzinę, którą bardzo szybko stracił. Zrozumiał, że wcale nie jest taki silny, jak mu się zdawało, silny psychicznie. Śmierć dziecka, dzieci jest najgorszym, co może spotkać rodzica. Tamtej nocy najchętniej zginąłby za Siroko, ale nie ma takiej możliwości. Gdy Taht wybiegła z jaskini, przez jakiś czas musiał patrzeć, jak z każdą minutą szczeniak gaśnie w oczach, a on sam musi się uśmiechać i żartować. Chciał się do niego przysunąć, przytulić i powiedzieć, że go kocha, ale nie mógł. Mały nie był głupi, domyśliłby się. Co innego coś przeczuwać, a co innego widzieć płaczącego nad tobą ojca.
     Później kolejne problemy, kolejne i kolejne, a on coraz bardziej wątpił, czy powinien pełnić rolę alfy, opiekuna stada, tego, który bierze odpowiedzialność za wszystko i wszystkich, skoro nie umie się uporać z własnymi myślami.
     Marley dotarł do reszty grupy dużo później niż siwo-czarny samiec. Usłyszał, że chce on za wszelką cenę trzymać szczeniaki z dala od zdobyczy, nawet od cielaka. Brat chciał jakoś do niego dotrzeć, ale gdy tylko się odezwał, przywódca odwarknął mu i wrócił do kłótni z pozostałymi. Rudy wilk postanowił później porozmawiać z Rononem, może sam na sam.
     Dopiero gdy zdenerwowany basior zaczął opowiadać o tym, co go dręczyło, uspokoił się. Wyglądało to tak, jakby z każdym słowem z jego serca przysypanego całą lawiną, spadał mały kamyk, ale na koniec dało to oczekiwany rezultat. Napięcie opadło ze wszystkich, zaczęli rozmawiać bez podniesionego głosu, mogli sobie nawzajem wyjaśnić kwestie, które do tej pory były przemilczane. Każdy przedstawiał swoje racje, szczególnie w sprawie polowania roczniaków. Nie podjęto żadnej decyzji, mimo że była oczywista, musiały polować, ale odłożyli to, na tę jedną chwilę. Każdy spoglądał ukradkiem na zdobycz, czekał, aż przywódcy rozpoczną posiłek. Taht pierwsza zauważyła to zachowanie i urwała rozmowę. Nikogo ona nie ominie, a z pełnym brzuchem lepiej się myśli i jest się mniej nerwowym.
     Nagle Shadow obejrzał się za siebie. Usłyszał chrupanie kości. Myślał, że jakiś kojot skorzystał z okazji i próbował ukraść im trochę mięsa. Zamiast rabusia, nad cielakiem bizona zobaczył Meirę z pyskiem wymazanym krwią. Okazało się, że samiczka nie czekała na resztę ani tym bardziej na pozwolenie. Sama zabrała się do wyjadania najlepszych kąsków ze swojej zdobyczy. Czarny basior nie mógł pozwolić na takie zachowanie. Skoro Meira już teraz lekceważy ojca, alfę, to co będzie za jakiś czas? Co będzie, kiedy to Shadow zostanie przywódcą? Będzie miał duży problem z młodszą siostrą, dlatego musi ustawić ją do pionu już teraz, chociaż zaimponowała mu. On nigdy nie zdobył się na coś takiego.
     Samiec stanął nad pożywiającą się siostrą. Zniżył głowę, żeby spojrzeć jej w oczy i odsłonił zęby. Samiczka zaczęła szybciej jeść, odpowiadając cichym warczeniem. Dwulatek kłapnął zębami i jeszcze bardziej zbliżył się do wadery. Przełożył łapę przez zdobycz i cały czas napierał na Meirę. Musiała się odsunąć, chociaż robiła to niechętnie, marszczyła wargi. Shadow w końcu zasłonił martwą ofiarę własnym ciałem, ale to mu nie wystarczyło, szedł dalej. Wilczyca przestała się cofać, bo zauważyła, że jej bratu nie chodzi o mięso, tylko o zasady. Przysiadła na tylnych łapach, podkuliła ogon, chciała pokazać uległość, ale nie mogła. Coś w niej się temu sprzeciwiało. Powinna oblizywać swoje wargi i pysk basiora, a cały czas warczała. Mimo że zdawała sobie sprawę z błędu, nie miała zamiaru się do niego przyznawać z własnej woli. Czarny wilk wiedział o tym, ale dawał szansę siostrze. W końcu jednak jej zachowanie go zirytowało. Jeśli odpuściłby w tym momencie, w oczach watahy wyszedłby na słabego i stronniczego, że niby jeśli chodzi o najbliższą rodzinę nie umie zrobić tego co konieczne, ukarać.
     Ponownie zbliżył się do Meiry. Otworzył pysk, nie przestając warczeć. Młoda wilczyca wiedziała, co powinna zrobić - włożyć swój pysk w zęby basiora. Był to jeden z największych gestów uległości, a jednocześnie symboliczna kara. Cofnęła łeb i odwróciła się, chcąc uciec. Myślała, że może Shadowowi przejdzie za chwilę, zrezygnuje, przecież zawsze stawał po jej stronie. Niestety nie tym razem. Załapał Meirę za plecy, szarpnął i przewrócił. Przydusił do ziemi, po czym powtórzył poprzedni gest. Samica bardzo niechętnie, z ociąganiem wykonała swoisty rytuału. Czuła zęby wilka na wargach, ale w całym zachowaniu nie chodziło o to, żeby ją zranić. Miała po prostu poczuć, że o tym czy się ruszy, odezwie, czy nie połamią jej szczęk, co w praktyce było możliwe, decyduje kto inny. W tamtej chwili nie mogła zjeść nawet kawałka mięsa bez zgody i uwolnienia z uścisku.
     - Dosyć! - krzyknął Ronon, kiedy zauważył, że Shadow celowo przedłuża karę.
     Rodzeństwo rozdzieliło się. Spojrzeli jeszcze na siebie ukradkiem, a potem rozeszli w różne strony.
     Para alfa rozpoczęła posiłek, a chwilę później dołączyła do nich reszta stada. Wszyscy rzucili się łapczywie na pożywienie. Nie obyło się bez kłótni i warknięć. Mimo dużych rozmiarów bizona, wilki nie mogły się pozbyć myśli, że dla kogoś zabraknie, że pozostanie głodny. Były to tylko ich obawy, bez możliwości spełnienia. Każdy zjadł tyle, ile chciał, a zostały jeszcze resztki dla padlinożerców. Kruki już zaczynały się zlatywać, kojoty pewnie także krążyły w okolicy, ale wolały poczekać, aż wilki odejdą. Drapieżniki nie zawsze chciały się dzielić upolowaną przez siebie zdobyczą. Wystarczyło trochę cierpliwości, ptaki wszystkiego nie zjedzą.
     Karo, kiedy tylko zaspokoił głód, wycofał się w stronę rzeki. Odchodząc, usłyszał jeszcze fragment rozmowy:
     - Solo, najadłeś się jak za czterech! O! Już wiem. Quatro - zaczął nie kto inny jak Marley.
     - Ale, tato, przecież wiesz, że nikt tych przezwisk nie używa - westchnęła Misty, która jako pierwsza zrozumiała sens słów ojca.
     - To co? Przynajmniej mnie nie uprzedzicie, jak to było z Meirą i Teylą.
     Kara nie interesował dalszy przebieg tej dyskusji, więc nawet nie nadstawiał uszu. Szybkim truchtem znalazł się nad Silvą. Usiadł na brzegu i przyglądał się tafli. Nie było to miejsce, w którym wpadł do wody, dlatego powierzchnia była nieskazitelnie gładka. Widać było stare pęknięcia, ale zdążyły już one zamarznąć, tworząc na powierzchni lodu swoistą pajęczynę. Była tym gęstsza, im dalej od brzegów się znajdowała. Basior wpadł na pewien pomysł.
     Wstał i postawił jedną łapę na śliskiej powierzchni. Poczuł ukłucia zimna na poduszkach i lekkie przymarzanie. Pokręcił głową z rezygnacją, bo powierzchnia rzeki nadal się rozpuszcza i mimo że zamarza, to nie robi tego wystarczająco szybko. Samiec zauważył to, gdy zrobił drugi krok i stanął w kałużę. Stawiał jednak kolejne łapy na tafli, a następnie zaczął iść ku środkowi Silvy. Liczył kroki. Po piątym usłyszał trzask, więc natychmiast się cofnął. Ruszył kilkanaście metrów z nurtem, po czym znowu skierował się w stronę przeciwległego brzegu. Po pięciu krokach lód zaczął pękać. Kolejny powrót do brzegu i marsz na wschód. Po jakichś stu metrach, dla pewności, że to nie było tylko miejscowe zjawisko, po raz trzeci skierował się do środka rzeki. Po pięciu krokach nie było żadnego ostrzegawczego dźwięku, więc postanowił iść dalej.
     - Miałeś zamiar kiedykolwiek mi o tym powiedzieć?
     Głos Moon tuż za nim, którego się w ogóle nie spodziewał, pozbawił go koncentracji. Postawił łapę na lodzie zbyt energicznie i lód się pod nią załamał. Wilk odskoczył w tył.
     - Wygląda na to, że, idąc przy brzegu, nie ma żadnego niebezpieczeństwa... Będziemy szli gęsiego z kilkumetrowymi odstępami, dla pewności. Tak, wtedy będzie dobrze - mówił szeptem, sam do siebie.
     - Karo! Nie ignoruje mnie!
     Basior oderwał wzrok od rzeki. W sekundę zapomniał o obecności siostry.
     - Co ty tu robisz?!
     - Najpierw się mnie przestraszyłeś, a teraz zachowujesz się, jakbym wyrosła spod ziemi? Daruj sobie - prychnęła.
     - Rozproszyłem się...
     - Czym? Pękającym lodem? - Podeszła bliżej do samca, który stał już na brzegu. Spojrzała prosto w jego jasnobrązowe oczy. - A może wyprawą?
     - Jaką wyprawą? Nie wiem o czym mówisz... - Serce zabiło mu szybciej, głośno przełknął ślinę. Zdradzał się, ale nie mógł zapanować nad reakcją własnego organizmu. Może jednak Moon nie jest taka spostrzegawcza? Może tylko się wszystkiego domyśla, a on ma to niechcący potwierdzić? Chociaż czy to ukrywanie planów jak czegoś złego już go nie męczy?
     - Zdajesz sobie sprawę, że ta odpowiedź jest beznadziejna?
     - Więc co chciałabyś usłyszeć?
     - Pomyślałeś o prawdzie?
     - A skąd wiesz, że nie założyłem się z Shadowem i teraz sprawdzam swoje szanse na wygraną? - powiedział pierwsze, co przyszło mu do głowy.
     - Nigdy nie założyłbyś się z Shadowem. - Przewróciła oczami. - Słyszałam waszą rozmowę na półce skalnej, w noc po tym, jak wpadłeś do rzeki.
     - Dlaczego zaczynasz tę rozmowę dopiero teraz? Miałaś wiele okazji.
     - Chciałam dać ci szansę, żebyś sam nam powiedział, wszystkim, ale skoro się na to nie zanosi... Musiałam sama przejąć inicjatywę.
     - Więc mów, skoro zaczęłaś. Jestem gotowy na wykład, zresztą nie pierwszy.
     Wadera przekrzywiła głowę, dziwiąc się tak spokojnej reakcji brata, ale zaczęła swój monolog, który układała przez ostatnie dni za każdym razem, gdy zobaczyła Kara. Nie było to nic nowego. Tych samych argumentów początkowo używali Roy i Orion, a nawet on sam, jeśli miał gorszy dzień i w jego głowie mnożyły się wątpliwości.
     - Masz na wszystko odpowiedź - zauważyła Moon.
     - Mówiłem ci, że to nie pierwsza taka rozmowa. Nie znajdziesz żadnego nowego powodu, żebym zrezygnował. Sensownego powodu - podkreślił.
     - Osłabisz watahę.
     - Mylisz się...
     - Wujek jest ranny, a tata nie może polować - przerwała mu. - Jeśli odejdziecie, stado straci trzy basiory, w tym świetnego tropiciela i łowcę.
     - Ronon zdrowieje, tata nigdy nie był wybitnym myśliwym, a mnie nie przeceniaj. Shadow chętnie zajmie moje miejsce, chociaż tak naprawdę to on zawsze był i będzie wyżej. Pod każdym względem. Mniejsza o to - urwał temat, widząc, do czego prowadzi. - Sama mówisz, że odejdą trzy dorosłe, zdrowe basiory. Odejdą trzy paszcze do wyżywienia i to takie, które mało zjeść nie umieją. Robi się nas za dużo na jedno Cremo. Ilość zwierzyny tutaj jest mocno ograniczona, a nikt nie wyklucza kolejnych szczeniaków. Jest nas osiemnaście, co będzie, jeśli ta liczba zwiększy się do dwudziestu dwóch, dwudziestu trzech? Poumieramy z głodu albo zniszczymy tutejszy ekosystem zbyt częstymi polowaniami, co w sumie prowadzi do tego samego. To normalne, że niektórzy odchodzą w poszukiwaniu własnej drogi.
     - W takim razie idę z tobą. Z wami - poprawiła się.
     - Nie chcesz tego.
     - Nie wiesz, czego chcę. Tylko ja mogę to wiedzieć.
     - Tego się nie wie, to się czuje. Gdybyś naprawdę myślała o odejściu, nie ukrywałabyś się tamtej nocy do samego końca, tylko stanęła między nami i powiedziała to, co mi przed chwilą. Nie zaczynaj tylko, że musiałaś się zastanowić.
     - Ty musiałeś, jestem tego pewna. Takiej decyzji nie podejmuje się pod wpływem chwili. Orion i Roy również mieli trochę czasu, chociaż im to skróciłeś. Dlaczego ja mam być traktowana inaczej?
     - Bo wadery nie odchodzą ze stada. - Ledwo przeszło mu to przez gardło. Wiedział, że to cios poniżej pasa, zresztą to wcale nie musiała być prawda. Nie wiedział, dlaczego tak bardzo chce zniechęcić siostrę.
     - Co ty powiedziałeś?!
     - To co słyszałaś. - Odwrócił wzrok w kierunku rzeki, udając, że coś go tam bardzo zainteresowało.
     - Patrz na mnie, kiedy rozmawiamy! - Złapała go za sierść na szyi i pociągnęła w swoją stronę. Basior niechętnie spełnił polecenie. Moon badawczo mu się przyglądała. - Kłamiesz - stwierdziła opanowanym głosem. - Nie mówisz tego zgodnie z sobą.
     - A jeśli się mylisz? - Chciał powiedzieć to pewnie, nawet z lekką drwiną, ale mu nie wyszło.
     - Nie mylę się. Kiedy zdecydujesz, co chcesz mi powiedzieć i będzie to zgodne z tym, co myślisz, powtórzymy tę rozmowę.
     Na chwilę oboje zamilkli, ale cisza została szybko przerwana.
     - Wracamy już do jaskini. Taht kazała wam przekazać. Możecie jeszcze tu zostać, po prostu nie chcieliśmy, żebyście nas szukali. - Nora pojawiła się nie wiadomo skąd. Rodzeństwo zastanawiało się, czy przez jakiś czas ukrywała swoją obecność.
     - Ja idę z tobą, ciociu. Karo, radzę skorzystać z okazji i zastanowić się nad tym, co ci powiedziałam.
     Biała wilczyca ruszyła w kierunku, gdzie stado odpoczywało po posiłku. Starsza samica za to zbliżyła się do dwulatka.
     - Diametralna zmiana własnego życia zawsze niesie za sobą konsekwencje. Zdecyduj się, czy jesteś na nie gotowy, ale przede wszystkim nie odtrącaj najbliższych. Kiedy odejdziesz, już nic nie będziesz mógł naprawić. Zostaną wam nawzajem tylko wspomnienia, więc nie pozwól, aby te złe przesłoniły dobre. - Nora mówiła szeptem, prosto do ucha wilka. Gdy skończyła, natychmiast odeszła szybkim krokiem, nie dając mu szans na jakąkolwiek odpowiedź.

________________
     Już ktoś mi wytknął na wattpadzie, że marzec dawno minął. Już myślałam, że uda mi się opublikować w niedzielę, ale ostatecznie dodaję dopiero dzisiaj... A myślałam, że w końcu uda mi się dodać rozdziały do dwóch historii w jednym miesiącu. Powinnam sobie dawać termin dwa tygodnie przed tym, jaki planuję, to może bym się w nim wyrobiła.
     Nie jest to ani mój najdłuższy rozdział (do Drimer) ani najciekawszy, sama to przyznaję. Dobrze, że na koniec, bo inaczej nikt by tego nie przeczytał xD Przez wakacje chcę napisać chociaż 3 rozdziały na zapas, bo czeka mnie klasa maturalna i pisać na pewno będę, ale jeszcze nie wiem, ile czasu mi na to zostanie. Tak w ogóle czasami zdaje mi się, że niektóre momenty są ciężkie, w ogóle styl mojego pisania jest... no specyficzny xD I zastanawiam się, czy to nie przeszkadza.

Spóźnialska
Akti

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Drimer - własna droga. Rozdział XXI

     Stali ukryci w lesie, za pniami drzew i pozbawionymi liści niższymi roślinami. Przed nimi rozciągała się otwarta przestrzeń doliny. Jedynie rzeka w oddali i pojedyncze drzewa urozmaicały ten krajobraz. No i oczywiście bizony. Wataha stała nieco wyżej od nich, na łagodnym zboczu, w którym, bliżej grzbietu górskiego, znajdowało się ich legowisko. Wiatr wiał w ich stronę, więc warunki były dla nich korzystne. Właśnie zapadła noc, ale zwierzęta i tak widziały wszystko doskonale.
     Rononowi na ułamek sekundy stanęło przed oczami inne stado roślinożerców, inna polana, inna pora dnia, nawet inna pora roku! Wspólne było tylko to, że polować będzie jego rodzina, jego najbliżsi. Nie chciał, nie mógł pozwolić, żeby te łowy skończyły się tak samo jak tamte, tak odległe, a jednak ciągle żywe w pamięci.
     Otrząsnął się. Znajdzie czas na dołowanie się przeszłością, a teraz musiał być skupiony na obecnym położeniu. Wycofał się jeszcze bardziej między drzewa, żeby żaden roślinożerca nie dostrzegł wilczej sylwetki.
     - Bizony są ciężkie - zaczął. Wszyscy patrzyli na niego z uwagą. - Pod nimi lód załamałby się w jednej chwili. Raczej chciałyby tego uniknąć, ale jeśli będą zdesperowane, zrobią to. Mróz nie jest tak duży jak podczas waszego inicjalnego polowania - zwrócił się do dwulatków - a sierść wapiti nie może się równać z tą. - Skinął na stado w dolinie. - Musimy je zatrzymać przed Silvą. Przeprawa by ich spowolniła, ale nam przysporzyłaby znacznie więcej problemów niż korzyści. Dystans jednak jest duży, więc powinno się udać. Musi się udać! - poprawił się. - Kto, jak nie wy, to zrobi?
     Przywódca mówił pouczającym tonem. Zachowywał się jak nauczyciel i właśnie tak było. Musiał przekazać im całą swoją wiedzę. To było jego zadaniem i musiał wypełnić je najlepiej jak potrafił. Jeśli nie zrobiłby tego dokładnie i zrozumiale, miałby na sumieniu kogoś z rodziny, nie wątpił w to.
     Wataha rozproszyła się wzdłuż zbocza. Znali się nawzajem tak dobrze, że do określenia strategii i ról potrzeba było zaledwie kilku słów. Wilki zaczęły schodzić do doliny, powoli okrążając roślinożerców. Miały spuszczone głowy, rozszerzone nozdrza, ale oczy cały czas wpatrzone w cel. Nic nie rozpraszało ich uwagi. Całe ciało poruszało się niemal automatycznie. Łapy same znajdowały najlepszą drogę, uszy obracały się na wszystkie strony, wyłapując parsknięcia bizonów, pobekiwanie cieląt, a jednocześnie sprawdzały, czy inne drapieżniki nie poruszają się za głośno, czy akcja nie zostanie przyspieszona przez jeden trzask gałązki pod śniegiem. Mięśnie drżały pod skórą i nie było to spowodowane przeszywającym wiatrem lecz podekscytowaniem. Na ziemi czuć było zapach potencjalnych ofiar, które wcześniej tamtędy przechodziły. Wiatr przynosił ze sobą kolejne wonie. Wilki już czuły smak świeżego mięsa. To wystarczało, żeby wszystko w nich rwało się przed siebie. Musiały jednak poprzestać na oblizywaniu warg z myślą o posiłku. Instynkt działał w dwie strony. Z jednej pchał ich do polowania, a z drugiej nakazywał ostrożność, żeby nie były to ich ostatnie łowy.
     Temu wszystkiemu przyglądali się ze zbocza Ronon i Marley.
     - Nie myśl o tym - odezwał się rudy basior. - Dobrze wiesz, że to się nie powtórzy.
     - A jak to możliwe, że jesteś taki pewny? - Odwrócił wzrok w stronę brata. - Zagwarantujesz mi to? Przyrzekniesz na własne dzieci? No właśnie - skwitował po chwili ciszy. - Tym bardziej że twoje dzieci też tam są. - Z powrotem spojrzał przed siebie. - Wtedy też wszystko zapowiadało się dobrze. Wiem też, dlaczego jesteś taki spokojny. Ty tego nie widziałeś na własne oczy.

***

     Mały wilczek siedział na pagórku poród równiny. Wokół niego rosła tylko wysoka trawa, nie było nawet drzew. Rodzina zostawiła go w najwyższym punkcie terenu, żeby był bezpieczniejszy i łatwiejszy do namierzenia. Samczyk siedział spokojnie w przeciwieństwie do swojego brata, który znalazł sobie zabawę, polegającą na staczania się z górki, ponownym wchodzeniu na szczyt i powtarzaniu wszystkiego od początku. Szczeniak ze szczytu wolał jednak uważnie obserwować poczynania watahy z wielkimi roślinożercami. Rodzice powiedzieli mu, że to bizony.

***

     Diego cały czas zerkał to w prawo, to w lewo. Po jednej stronie miał Teylę, która co chwilę się rozpraszała i podnosiła łeb, albo nawet przystawała. Basior zachodził w głowę, jak to możliwe, że ofiary jeszcze jej nie zobaczyły. Z drugiej strony szedł Orion. On z kolei pozytywnie zaskoczył kuzyna. Był bardzo skupiony, ewidentnie chciał wypaść jak najlepiej.
     Wataha utworzyła półpierścień, żeby wszystkie zwierzęta biegły w jednym kierunku. W czasie pościgu chcieli również zawrócić zwierzynę i uniemożliwić jej dotarcie do rzeki. Łatwiej było jednak powiedzieć niż zrobić. Nakłonienie rozpędzonych kilkuset kilogramów do zmiany kierunku zdaje się wręcz niemożliwe, ale wilki chciały skorzystać ze swojej liczebności. Miały nadzieję, że parzystokopytne zareagują instynktownie, chcąc uciec jak najdalej od drapieżników, a walka będzie dla nich ostatecznością. Łudziły się, że tak będzie, mimo doświadczeń przywódcy. Tak naprawdę szansa na klasyczne polowanie była niewielka.
     Bizony nie zdawały sobie sprawy ze zbliżającej się śmierci jednego z nich. Rozgarniały szeroką głową śnieg niczym pługiem, aby dostać się do ukrytej pod nim trawy. Rozeszły się na różne strony, co świadczyło o ich pewności siebie. To w grupie tkwi ich siła, tak samo jak w przypadku wilków. Pojedynczy osobnik jest w dużym niebezpieczeństwie. Takie ustawienie ofiar mogło sprawić, że spanikują i jednak wszystko pójdzie zgodnie z planem.

***

     Patrzył, jak jego rodzina zrywa się do pościgu, wybiegając z ukrycia. Wcześniej osłaniał ich obszar wysokiej trawy. Odległość miedź nimi a ofiarami błyskawicznie się zmniejszała, ale roślinożercy nadal stali w miejscu, nawet gdy mogli spojrzeć drapieżnikom prosto w oczy, z bliska. Zbiły się jedynie w ciaśniejszą gromadkę, otaczając młode szczelnym kordonem. Wataha zatrzymała się. Nie tego chcieli.

***

     Wilki instynktownie wiedziały, że to już, że to ten moment. Nie potrzebowały kontaktu z innymi członkami grupy. Ruszyły właściwie w jednym momencie, prostując się dumnie, wyciągając ciało w biegu.
     Otoczyły bizony z trzech stron, tak jak zaplanowali. Nie zatrzymywali się, nie sprawdzali reakcji potencjalnych zdobyczy. Zaczęły podgryzać kolejne osobniki w tylne nogi, od głowy uzbrojonej w rogi trzymali się z daleka. Roślinożercy parskali i ryczeli na swój sposób, przerażone cielęta pobekiwały, chroniąc się u boku matek, a ponad tym wszystkim rozbrzmiewało głębokie warczenie drapieżników.
     Ofiary nie zdążyły wystarczająco szybko zebrać się razem. Najzwinniejsze wilki wbiegły między nich. Taht, Kida, Karo, Saba i Misty byli wręcz otoczeni przez coraz bardziej panikujące stworzenia, chociaż w tej chwili nie musieli wiele robić. Wystarczyła sama ich obecność, zapach, aby wywołać popłoch.
     Nagle między ciałami bizonów pojawiła się kolejna biała sylwetka, niknąca na tle śniegu. Długie futro połączone z szybkimi manewrami sprawiały, że wyglądała jak duch wilka, który wrócił z zaświatów, żeby ostatni raz zapolować. Ale to nie był duch, tylko Meira.
     Ronon zerwał się z miejsca. W głowie, w swoich myślach, słyszał krzyk ,,nie!'', nie wiedział nawet, czy były to tylko myśli czy po dolinie poniósł się jego żałosny skowyt. Tym razem nie fizyczne rany sprawiały ból, ale wspomnienia i strach.

***

     Wataha przez jakiś czas krążyła wokół ofiar. Nie było słabszego miejsca, luki, dzięki której mogliby jakoś zacząć i rozproszyć zwierzynę. Powoli poszczególni członkowie zaczęli się niecierpliwić, szczególnie najmłodsze pokolenie. Bren pierwszy się wyłamał, zresztą zawsze do wszystkiego był pierwszy. Nie słuchał ostrzeżeń dorosłych, błagań rodziców, aby nie robił głupstw. Umysł roczniaka nie umiał myśleć o konsekwencjach, bo przecież co się mogło stać? Jakby była taka potrzeba, stanąłby do walki z całym światem, czym dla niego był jeden bizon, nawet jeśli koło niego stało kilkanaście innych?
     Skoczył do gardła najbliższego osobnika. Jego reakcja była błyskawiczna. Samiec, trzymający w zębach tak naprawdę gęstą sierść a nie szyję bizona, został zrzucony na ziemię, prosto pod racice niedoszłej zdobyczy. Gdyby tego było mało, krowa wzięła go na rogi i wyrzuciła wysoko w powietrze. Wilk upadł kilka metrów dalej. Cała ta sytuacja trwała ułamki sekund, Bren nie zdążył nawet pisnąć.

***

     Przywódca popędził w dół zbocza. Nie myślał o tym, że któryś z biegających wszędzie bizonów może go stratować. Jego celem była córka, która sprzeciwiła się wcześniejszym ustaleniom i wzięła udział w polowaniu. Wcześniej wymógł na najmłodszych dzieciach, że będą jedynie obserwować, z bliska, ale poza zasięgiem roślinożerców. Dzięki temu miał być spokojny o ich życie.
     Przypadł do białej wadery, złapał ją za skórę na karku i chciał wyciągnąć poza niebezpieczny teren. Ta jednak nie miała problemu z uwolnieniem się, tym bardziej, że samiec nie trzymał mocno i nie był jeszcze w pełni sił.
     - Tato! Co ty robisz?! - syknęła z irytacją, cały czas wodząc wzrokiem za parzystokopytnymi.
     - Miało cię tu nie być! - On nie rozglądał się na boki, chociaż musiał walczyć z instynktem. Czuł zapach ofiar, widział ruch wokół siebie. Musiał jednak skupić się na córce. - Obiecałaś!
     - Dlaczego nagle nas odsuwasz od polowań?! Kuzyni i starsze rodzeństwo polowało w moim wieku, opowiadali mi.
     - Ale nie polowali na bizony.
     - Ale do tej pory w dolinie nie było bizonów, więc ciężko, żeby na nie polowali. Do tej pory ani razu nie pozwoliłeś nam uczestniczyć w żadnych łowach od początku do końca. Może Solo i Teyli to odpowiada, on woli tropić, ona ścigać, a ja nie chcę poprzestawać na tym. Chcę czuć adrenalinę przy siłowaniu się ze zdobyczą, chcę kończyć polowania jak Karo, Shadow i ty! Czuję, że w tym zadaniu się odnajdę. Jestem silna i mniejsza od was, basiorów, przez co mogę lepiej unikać ciosów wapiti. - Nie musiała tłumaczyć, o jaką sytuację jej chodziło. W tamtym momencie bardzo blisko nich przebiegł jeden bizon, wystarczyło tylko lekko się przesunąć, a stratowałby ich. - Tato, to nie jest odpowiednie miejsce ani czas, żeby się kłócić - mówiła szybko. - Odejdź na bok, bo może ci się coś stać...
     - Mi? - przerwał samiczce.
     - Tak, tato, tobie. Nie bez powodu miałeś siedzieć na zboczu, z wujkiem. Nie chcemy cię tak łatwo stracić.
     Nie czekała na jakąkolwiek reakcję. Uciekła w stronę oddalających się członków rodziny, którzy w całym tym zamieszaniu wybrała ofiarę i oddzielili ją od reszty. Część wilków miała pilnować stada i zajmować ich tak, żeby nie mieli czasu iść na ratunek towarzyszce, a pozostali zajęli się głównym etapem polowania. Meira ostatecznie zdecydowała, że nie dołączy do najmłodszej siostry i brata, ale weźmie udział w zabijaniu zdobyczy. Musiała udowodnić tacie i wszystkim innym, że nie jest dzieckiem, dlatego nie muszą jej tak traktować.
     Za to Ronon stał jeszcze przez chwilę w tym samym miejscu. W głowie nadal słyszał słowa Meiry, ale nie te o nim, tylko o polowaniach. O tym, że chce brać w nich większą rolę, chce atakować ze starszymi. Nie rozumiała, dlaczego tylko ją, Sola i Teylę tak izoluje. Odpowiedź była prosta: bo wypierane tyle lat wspomnienia w jednej chwili powróciły i od tamtego czasu nie chcą go opuścić.

***

     Samczyk widział całą sytuację z odległości kilkuset metrów. Nie rozumiał wszystkiego, nie wiedział, co dokładnie się stało, ale wystarczyła mu reakcja watahy. Wszystkie wilki w jednej chwili przerwały wykonywane czynności, porzuciły bizony, które natychmiast z tego skorzystały i odbiegły. Nastała zupełna cisza. Drapieżnikom wydawało się, że nawet ptaki przestały śpiewać.

***

     Wybór watahy padł na krowę z cielakiem. Była ona już stara, przez co także wolniejsza i mniej zwrotna, ale nie mniej niebezpieczna. Chęć ochrony dziecka dawała jej dodatkową siłę, ale była jednocześnie jej słabością. Nie mogła szybko skierować się w stronę stada, bo młody mógłby nie nadążyć, była to przecież jego pierwsza zima.
     Mimo że drapieżniki się podzieliły, wokół przyszłej zdobyczy znalazło się dziewięć zwierząt. Nieraz tyle liczy cała wataha, a wtedy również muszą sobie radzić podczas łowów. Liczebność Drimerów w takich sytuacjach była ogromnym ułatwieniem.
     Samica bizona nie miała szans na ucieczkę. Taht, Kad, Nora, Ramira, Shadow, Karo, Meira, a nawet Orion i Roy, którzy sami się do tej roli zgłosili, co wszystkich zdziwiło, otoczyli ją i małego z każdej strony. Jeszcze w czasie drogi ustalili, jak będą atakować. Ronon ostrzegał ich, żeby nie rzucać się od przodu, co zwykle jest najbardziej śmiercionośną strategią. Należało ranić tylną część ciała, pokrytą krótszą sierścią i oddaloną od rogów, aż zwierzę się nie podda i położy na ziemi. Takie zachowanie mogło wydawać się okrutne, ale wilki również nie chciały zginąć. Cena jednego życia za zaspokojenie głodu ich osiemnastki na kolejny tydzień.
     Napastnicy atakowali w uporządkowany sposób. Osobniki znajdujące się za krową szybko ją kąsały w nogi, zad, po czym cofali się do tyłu w momencie, kiedy ofiara odwracała się do nich. Wtedy przychodziła kolej tych, którzy w tamtej chwili stali z tyłu roślinożercy, i tak w kółko.
     Nie zdawali sobie sprawy, ile trawa ta nietypowa walka, dopóki nad horyzontem nie pojawiły się pierwsze promienie słońca. Zdawało się, że popchnęło ich ono do pewniejszych kroków.
     Stado ofiary odeszło dalej, po kilku godzinach zrozumieli chyba swoje fatalne położenie. Nie mieli szans uratować towarzyszki. Reszta watahy natychmiast zmieniła obiekt zainteresowania. Gdy tylko znaleźli się przy krowie, ta powiodła po nich wzrokiem. Zobaczyła oddalone bizony i umarł w niej duch walki. Ugieły się pod nią przednie, a następnie tylne nogi. Padła na ziemię. Pod nią prawie nie było śniegu, ponieważ doszczętnie go stratowała. Wilki natychmiast przypadły do niej. Śmiertelne ugryzienie zadał Shadow, potrzeba tu było siły basiora. Karo stał z tyłu, nie miał wielkiego udziału w tym polowaniu. Nadal był rozkojarzony, wolał nie ryzykować.
     Drapieżniki odetchnęły z ulgą. Polowanie się udało, przez jakiś czas nie będą musieli się martwić, jak zaspokoić głód. Dodatkowo wszystko odbyło się na ich terytorium, więc byli bezpieczni, nikt nie przegoni ich znad zdobyczy. Już mieli rzucić się do jedzenia, gdy koło nich coś zabeczało. Wszyscy spojrzeli w tamtym kierunku. Cielę biegało obok nich i nawoływało matkę.
     - Co z nim zrobimy? Wróci do rodziny? - zapytała Teyla.
     - Prędzej ściągnie nam ich na głowę - odpowiedział Ronon, który właśnie zbliżał się do zdobyczy razem z Marley'em. - Zresztą i tak by nie przeżył. Oni nie dokarmiają nieswoich młodych.
     - Niech dzieciaki się nim zajmą, muszą się uczyć - zauważyła Kida.
     - Że my? - Do Sola jako pierwszego dotarł sens słów siostry.
     - Nie! Jesteście za młodzi! - warknął przywódca z niespodziewaną agresywnością.
     - Co ty mówisz? - Taht była zdezorientowana. Jej partner potrafił być nadopiekuńczy, ale od usłyszenia o bizonach w dolinie był ciągle pogrążony we własnych myślach.
     - Czui, nie możesz ciągle...
     - Nie odzywaj się! - Siwo-czarny samiec przestawał panować nad sobą. - Nie pozwolę wam zbliżyć się na tyle do żywego bizona, nawet pozornie niegroźnego! - Skoczył naprzód, tak że mały roślinożerca stał za nim. Nawet nie uciekł, zapach matki pomiędzy zapachem wilków mu na to nie pozwalał.
     - Ale ja nie będę czekać na twoje pozwolenie!
     Meira zręcznie ominęła ojca. Skoczyła na cielaka, przewróciła go i złapała za gardło. Gdy upewniła się, że jej ofiara nie żyje, podniosła głowę i oblizała wargi z krwi.
     Przyciągnęła uwagę stada tylko na chwilę.
     - Dlaczego tak się zachowujesz?! Powiedz to w końcu, zamiast wyżywać się na nas wszystkich!
     Basior gdyby nigdy nic zaczął opowiadać pewną historię. O małym wilczku, który siedział na pagórku wśród wysokiej trawy. O bracie, który bawił się obok niego. O tym, że szczeniaka ze szczytu bardziej interesowało polowanie. O tym, jak był on świadkiem śmierci innego wilka, spowodowaną przez bizona.
     - To nie wszystko. - Diego bardziej twierdził niż zgadywał.
     - To ja byłem tym szczeniakiem, a zabity wilk, Bren, był moim... - Spojrzał na Marley'a. - Naszym bratem. Za to ja na własne oczy widziałem jego śmierć.

***

     - Marley! Marley! - Ronon nie odwrócił wzroku od doliny. Patrzył, jak jego rodzina otacza leżącego na ziemi rocznego samczyka. Nie ruszał się on. - Przestań się wygłupiać, nie powinieneś. Przynajmniej nie teraz.
     - Dlaczego? - Rudy szczeniak błyskawicznie znalazł się na szczycie pagórka.
     - Dlatego że właśnie straciliśmy brata.

______________
     Po tak długiej przerwie, która zakrawa o zawieszenie, to ja już nie wiem, co mam napisać. Mam tylko nadzieję, że nie wszyscy skreślili Drimer. Ponad trzy miesiące to dużo, bardzo dużo. Najpierw był rozdział do Wytropić przyszłość, potem shot do antologii świątecznej, teraz szukanie ludzi do antologii walentynkowej dopiero co się skończyło. Po drodze było też kilka innych rzeczy, które zajmowały moje myśli bardziej niż pisanie. Niestety, ale muszę już ostrzec, następny rozdział będzie dopiero w marcu. Ogólnie bardziej będę się skupiać na tej drugiej historii.
     Rozdział napisałam trochę inaczej niż zwykle, bo wykorzystałam retrospekcję zamiast typowej opowieści bohatera. Myślę, że wyszło to nawet dobrze. A jeśli chodzi o całość, sami ocenicie.

Pobudzająca blog do życia (przed kolejną przerwą...)
Akti

środa, 21 października 2015

Drimer - własna droga. Rozdział XX

     Wiatr omiatał go z każdej strony, zaczepiał, chwytał w swoje lodowate objęcia. Nie przeszkadzało mu jednak to, że przenikał przez jego grube futro. W ten sposób chłodził rozgrzane biegiem mięśnie. Przez podmuchy powietrza mrużył oczy, albo zniżał głowę, ponieważ łzy zaczęły zniekształcać krajobraz. Starał się jednak tego nie robić, bo spuszczanie wzroku z trasy mogło skończyć się zderzeniem z drzewem, a był w pełni rozpędzony. Patrzył więc przed siebie. Na pnie błyskawicznie zbliżające się do niego, które już po chwili zostawiał w tyle. Na górujący nad nim szczyt zbocza, będący jego celem. Biegł pod górę, pokonując kolejne pagórki. Chwilami jednak teren schodził nieco w dół, a potem znowu szedł ostro w górę. Właśnie takie miejsce miał przed sobą. Szybko ocenił, że odległość od przeciwległej krawędzi jest za duża, żeby tam doskoczyć. Ustawił się więc nieco bokiem do przepaści i zaczął schodzić na dno. Miał do pokonania najwyżej trzy, cztery metry, ale teren był dość stromy. Trzymał sztywno łapy, żeby się nie poślizgnąć i szybko stawiał kroki w bok, tworząc przy okazji mini lawinę białego puchu. Gdy dotarł na dół, nawet się nie zatrzymał, trasę ułożył sobie w międzyczasie. Skoczył w górę, żeby mieć jak najmniej do przejścia, i zaparł się łapami w zbitym śniegu. Pomagały mu w tym tępe pazury, które zapewniały przyczepność. Podciągał się w górę przednimi kończynami, a podpierał tylnymi. Kilka razy podłoże osunęło się pod nim, a on natychmiast przeskakiwał nieco w bok, żeby nie zjechać na sam dół. W końcu wydostał się z zagłębienia i znowu ruszył w stronę szczytu. Po chwili przyspieszył, chociaż myślał, że jest to już niemożliwe. Wyciągał się w biegu, jakby chciał uchwycić coś, co było widoczne tylko dla niego. Następnie przednie łapy stykały się ze śniegiem, a on znajdował się coraz bliżej upragnionego celu. Przez moment wszystkie kończyny znajdowały się ponad ziemią, skrzyżowane pod brzuchem, po czym następowała kolej tylnych na kontakt z białym, zimnym podłożem. Poduszki jego łap były już stwardniałe i zaprawione w długich biegach. Nie krwawiły już, jak to zdarzało się na początku treningów, gdy przesadził z odległością lub trudnością terenu. Teraz umiał dopasować trasę, żeby nie zrobić sobie krzywdy.
     Powalone drzewo wyrosło przed nim jak spod ziemi. Nie mógł go ominąć, był za bardzo rozpędzony. Musiałby zwolnić, a nie chciał. Błyskawicznie pokonał dzielącą go od pnia odległość. Zebrał się w sobie, przysiadł na tylnych łapach i wybił wysoko w powietrze dzięki silnym mięśniom. Przeskakując nad świerkiem, czas się dla niego zatrzymał. Patrzył na świat jakby w zwolnionym tempie. Chwila, kiedy był zawieszony pomiędzy ziemią a niebem, miała w sobie coś z magii. Czuł się niepokonany, wszechmocny, wolny. Przez ten ułamek sekundy opierał się grawitacji, wypatrywał umiłowanego horyzontu z nieco większej wysokości, ale nadal nie był on widoczny. Najbliższy z grzbietów górskich skutecznie mu go przesłaniał. Zostało mu do przebycia już tylko kilkaset metrów i dotrze na szczyt, będzie mógł spojrzeć z góry na dolinę, na las, łąki, rzekę. Będzie mógł też zobaczyć, jak wygląda pasmo górskie opasujące Cremo, jak jest szerokie, jak długo musieliby iść po zamarzniętej Silvie, otoczeni jedynie pionowymi zboczami.
     Spotkanie z ziemią nastąpiło szybciej niż tego chciał. Wbił przednie łapy w śnieg. Gdy był już po drugiej stronie drzewa, nie miał zamiaru się zatrzymywać. Planował od razu popędzić dalej, ale w momencie, gdy zrobił pierwszy krok, zahaczył o gałąź ukrytą przed jego wzrokiem i przewrócił się, kilka razy koziołkując. Wymamrotał coś ze złością, po czym wstał i otrzepał się. Nie chciał tracić ani chwili dłużej. Już przygotowywał się do dalszego biegu, kiedy za nim rozległ się głos:
     - Karo!... Stój!... Zróbmy przerwę!... - krzyczał Roy, dysząc głośno. Stał jakiej pięćdziesiąt metrów w tyle, z szeroko rozstawionymi łapami, spuszczonym łbem i wywieszonym językiem.
     - Nie ma mowy. Chcę dotrzeć na górę o zachodzie słońca. Zostało już niewiele czasu, więc koniec przerwy! Biegniemy dalej!
     - Nie dam rady. - Wilk powalił się na ziemię. - Ja tu zostaję, a ty jak chcesz, to sobie leć na szczyt, jeśli potrafisz, szerokiej drogi! Bolą mnie mięśnie, o których nawet nie miałem pojęcia - jęknął po chwili ciszy.
     - To poinformuj o nich Diega, na pewno bardzo go zainteresują, może nawet zacznie prowadzić na tobie badania, ale teraz wstawaj! - Basior cofnął się do brata. Złapał go zębami za kark i szarpnął do pozycji siedzącej, mimo głośnych sprzeciwów Roy'a. - Nie zmuszaj mnie, żebym musiał twój tyłek podciągać za ogon! - ostrzegł strofującym tonem. Miał zamiar spełnić swoją groźbę, kiedy cichy i strachliwy do tej pory samiec kłapnął na niego zębami. Karo cofnął się do tyłu o krok, z szeroko otwartymi ze zdziwienia oczami.
     Sytuacja ta pewnie byłaby początkiem kolejnej rozmowy, gdyby nie zupełnie inna rzecz, która wszystko przerwała. Do uszu wilków dobiegło dudnienie. Początkowo ciche, później głośniejsze. Samce miały wrażenie, jakby ziemia pod ich łapami drżała. Nikt już nie myślał o sytuacji sprzed chwili, oboje popędzili na szczyt, który od początku miał być ich celem, bo to z tamtej strony dobiegał dźwięk. Okazało się, że Roy miał jeszcze siłę żeby nie tylko dobiec na miejsce, ale nawet nie zostać w tyle za Karem.
     Z góry basiory miały idealny widok na przełęcz, jedną z wielu. Samo wejście do doliny, tam gdzie kończyły się zbocza, zagradzał śnieg. Tworzył swego rodzaju zamkniętą bramę o wysokości metra i tak samo grubą. Dźwięk nie ustawał, a w zasięgu wzroku nic się nie działo. Zwierzęta już myślały, że po drugiej stronie gór schodzi lawina, kiedy zaspa blokująca przełęcz zaczęła się rozsypywać. Zamarznięte bryły białego puchu wylatywały w powietrze, jakby ktoś uderzał w nie od tyłu i właśnie to było prawdą. Po chwili do doliny wpadło olbrzymie zwierzę, a za nim kolejne i kolejne. Nie minęła minuta, a po zboczu zbiegało całe stado parzystokopytnych roślinożerców. Nie były to jednak wapiti. Stworzenia miały około dwa metry wysokości i trzy metry długości. Masywną głowę, uzbrojoną w dwa zagięte ku górze rogi, trzymały nisko, niżej niż znajdował się kłąb, stanowiący najwyższą część zwierzęcia. Miały dziwną budowę. Tylna część ciała zdawała się o wiele mniejsza i drobniejsza niż przednia. Działo się tak prawdopodobnie przez to, że łeb, szyję, łopatki i przednie nogi pokrywała dwa razy grubsza i dłuższa, brązowa sierść. Jedynie na głowie niektórych osobników przechodziła w czarny. Tegoroczne młode były zaś rudawe.
     Bizony.
     Wilki patrzyły na całą scenę jak zahipnotyzowane. Znały bizony tylko z opowiadań Ronona, Kada i Nory. Terytorium stada Luminow zajmowały równiny i ci roślinożercy regularnie się tam pojawiali. Mimo tego, że Karo i Roy nigdy nie widzieli tych zwierząt na oczy, nie mieli problemu z rozpoznaniem gatunku. Nie da się go pomylić z żadnym innym. Jego przedstawiciele mają coś w sobie, majestatyczność, ewidentną siłę i odwagę. Zdają się idealnie wtopione w krajobraz, jakby dolina zawsze na nich czekała i już dawno przygotowała im miejsce. Nie było ich tu od wielu pokoleń, a jednocześnie ich przybycie zdawało się czymś oczywistym. Nic dziwnego, że Indianie czcili ten gatunek i przypisywali mu nadprzyrodzone cechy i zdolności.
     Słońce zaszło, a basiory zorientowały się o tym dopiero wtedy, kiedy ostatni parzystokopytny zniknął im z oczu. Biało-siwy samiec rozejrzał się. Zapadła ciemność, a znad grzbietu górskiego wyglądał już księżyc, jeszcze nieco nieśmiało, ale z każdą chwilą wznosił się wyżej. Może chciał po cichu wślizgnąć się na tron, niezauważony? W końcu od jakiegoś czasu zaczęło go ubywać, a jeśli słońce uzna go za niegodnego tak wysokiego urzędu?
     - Idziemy. Już! Musimy powiedzieć o nich reszcie. Oby nie przeszły od razu do Dark Lightów... - Karo nie miał zamiaru słuchać narzekań brata. Po prostu ruszył w dół, w kierunku jaskini. Roy po chwili się z nim zrównał, zdążył nieco odpocząć podczas obserwowania przyszłej zdobyczy.
     - Powiedz mi, dlaczego tylko mnie tak katujesz? Nawet nie zaproponowałeś przyłączenia się Oriona, a skoro mamy wyruszyć razem, to każdy członek powinien być równie dobry.
     - Sam mówiłeś, że żeby przeżyć jakąś pogoń, wystarczy być szybszym od kogoś innego. Orion może być tym najwolniejszym. - Poczuł na sobie karcący wzrok Roy'a. - Żartuję przecież! Po prostu myślałem, że to będzie czas tylko dla nas.
     - Ale musisz przyzwyczaić się, że będziemy żyli we trójkę, ty, ja i Orion.
     - Psułby nam trening. Gdyby teraz dołączył, musielibyśmy się cofnąć do początku.
     - To dopiero pięć dni.
     - Ale już jesteś szybszy. Biegniesz równo ze mną.
     - Bo specjalnie się do mnie dostosowujesz! Orion musi dołączyć!
     - Ucisz się i przestań marnować oddech, mój i swój!
     Karo przyspieszył do granic własnych możliwości. Nie mógł już znieść, że towarzysz ciągle przypomina mu o wyprawie, a tak naprawdę nie wiadomo, czy dojdzie ona do skutku. Dziwnie czuł się również dlatego, że musiał decydować nie tylko za siebie, zaczynał poznawać smak przywództwa, choć dopiero za górami przejmie je w pełni. Będzie odpowiadał za bezpieczeństwo brata i kuzyna. Właśnie dlatego zaczął się zastanawiać, czy powinien brać ich ze sobą.
     Gdy zobaczył przed sobą legowisko, zatrzymał się. Musiał odpocząć i opanować zdenerwowanie. Chodził powoli w kółko, żeby rozgrzane mięśnie stopniowo wróciły do normalnego stanu. Czekał też na brązowego samca, który został najwyraźniej daleko w tyle. Nie chciał tłumaczyć się rodzicom jak mógł go zgubić.
     Basior nadbiegł dziesięć minut później. Tak jak wcześniej Karo, zrobił kilka małych kółek, później podreptał w miejscu. Zdążył już się nauczyć, że pomaga to przeżyć następny dzień i kolejny trening. Mimo że wilki stały koło siebie, nie zamieniły słowa. Tak samo w ciszy wróciły do jaskini.
     To Karo opowiadał o wszystkim, co widzieli, łącznie z tym, która to była przełęcz i w jakim kierunku podążali roślinożercy. Po tym nastąpiła chwila ciszy. Radość i dziwny strach opanowały wszystkich, nawet dwulatki i szczeniaki, które nie miały pojęcia, z czym wiąże się polowanie na ten gatunek ofiar.
     - Bizony to nie wapiti - zaczął Ronon. Od jego wypadku minął tydzień. Czuł się już nieco lepiej, mógł normalnie spać, ale oddalał się od jaskini tylko po to, żeby się napić. Taht już się opanowała i mógł ten spacer odbyć bez obstawy. - Są o wiele większe i cięższe, co akurat nas powinno cieszyć. One jednak doskonale zdają sobie sprawę z własnych możliwości i ograniczeń, w sumie jak każda potencjalna zdobycz, ale bizony są wyjątkowo niebezpieczne i ciężko je zabić. One nie będą uciekać w popłochu, w trakcie pogoni potrafią się do ciebie odwrócić i próbować stratować. Posługują się bardziej głową i rogami niż nogami. Jak powiedział Karo, łeb trzymają nisko, a ich szyję i łopatki pokrywa bardzo grube futro. Nie można tak po prostu rozerwać im gardło, chyba że jesteś samobójcą. Trzeba je zamęczyć i atakować głównie tylną część ciała. Jest nas dużo, więc uda się otoczyć jakiegoś osobnika. Problem w tym, że będą zaciekle bronić młodych. Utworzą zbity pierścień, a w środku umieszczą cielaki. Każdego zbliżającego się drapieżnika spróbują wyrzucić w powietrze. Jedyna szansa to natychmiastowe oddzielenie jednego osobnika i odciągnięcie go jak najdalej od stada. Będziemy musieli podzielić się na dwie grupy. Jedni zajmą się ofiarą, a drudzy będą pilnować reszty zwierząt, odpędzać je i zajmować. Niech zbiją się w grupkę, niech bronią młodych, a w tym czasie pozostali powalą dorosłego osobnika. Dokładną strategię i role ustalimy na miejscu, kiedy zobaczymy, gdzie się zatrzymały, jaki jest teren. - Na chwilę zamilkł, po czym zbliżył się do partnerki. - Nie zostanę tutaj. Idę z wami, choćbyś protestowała. Jestem przywódcą i nie zostawię mojej watahy. - Mówiąc ostatnie słowa, spojrzał po wszystkich członkach zebranych w legowisku.
     - Tato, skąd wiesz tyle o bizonach? - zainteresowała się Kida, widząc, że mama nie ma zamiaru się odzywać. Pewnie wszelkie argumenty pozostawiła na prywatną rozmowę z Rononem, bez obecności innych osobników. - Tego nie można było dowiedzieć się z opowieści, tak jak my robimy to teraz. Mówiłeś już, że na terytorium watahy Luminow występowały, ale... Sam na nie polowałeś?
     - Nie... Ja nie... - Samiec alfa skrzywił się, jakby przypomniał sobie rzeczy, które najchętniej wyrzuciłby z głowy. - Ale obserwowałem takie polowanie i doskonale je pamiętam. Każdy, nawet najdrobniejszy szczegół...
     Część wilków spojrzała na basiora, wyczuwając gorycz w jego głosie, między innymi właśnie Kida, Diego, Solo, Meira i Moon. No i oczywiście Taht. Spojrzała mu w oczy, ale miała minę, jakby nie wiedziała, o czym mówi. Czyżby istniały jeszcze rzeczy, których o nim nie wiedziała?
     Siwo-czarny samiec otrząsnął się ze wspomnień. Nie minęła godzina, a wszyscy wyruszyli z jaskini. Było to pierwsze polowanie po tygodniu, tak jak poprzednio, wszyscy byli głodni, ale tym razem nie musieli dodatkowo stresować się wejściem na obce terytorium. Wystarczająco niebezpieczne było polowanie na, dla większości stada, zupełnie obcy gatunek. Wskazówki Ronona były bardzo przydatne, ale to tylko słowa. W praktyce polowanie może przebiec zupełnie inaczej niż w założeniach. Mimo tego niebezpieczeństwa, wyruszyli wszyscy, także szczeniaki i Marley. Nie mieli oni grać większej roli w głównym etapie łowów, tak samo przywódca, ale innym łatwiej będzie z myślą, że są tu wszyscy. Nie będzie też problemów z czekaniem na wilki, które zostałyby w jaskini. Roczniaki zresztą musiały się już uczyć, regularnie brać udział w polowaniach. Ich ojciec doskonale wiedział, że nie ochroni ich za każdym razem, ale ten jeden raz może. Nie dopuści ich do bizonów.

_______________
Skleroza powróciła... Zapomniałam! Przyznaję się bez bicia, że kompletnie zapomniałam o rozdziale. Miał być wczoraj... Cleo, te powiadomienia w telefonie to ja naprawdę muszę zacząć ustawiać... A co będzie na starość? (Jak to mówił mój pradziadek mając... chyba koło 80. lat? XD).
Sprawa z Moon w tym momencie nieco ucichła. Zajęłam się innym wątkiem... I tutaj w końcu akcja powinna trochę ruszyć. Bo w tych XX rozdziałach wiele było po prostu... Nijakich.

Zapominalska...
Akti

czwartek, 15 października 2015

Drimer - własna droga. Rozdział XIX

     - A to co? - krzyknęła przerażona wadera. Podsunęła się bliżej brata i zaczęła oglądać jego kark.
     - A, to... - Karo po części odetchnął z ulgą. Zmiana tematu wyszła jakoś naturalnie, nie musiał zbytnio kręcić. Z drugiej strony żałował, że siostra nie nalegała bardziej. Chyba podświadomie chciał z kimś pogadać, mimo że pamiętał o obietnicy, którą tak właściwie sam stworzył. - To nic. Dzięki temu tak naprawdę żyję...
     - Ale leci ci krew.
     - Błagam cię! To są cztery małe ranki po kłach. Nie pamiętasz opowieści o bitwie z Dark Lightami? Jakie mieli obrażenia? Codziennie patrzysz na - tu zniżył głos - blizny Taht i Kada. Ja na pewno się nie wykrwawię.
     Moon zamilkła i odsunęła się na tyle, na ile pozwalało jej wnętrze jamy. Przecież oczywiste było, że tych historii nie da się zapomnieć. Czasem opowiadali je przywódcy, a czasem jej rodzice... Zdarzało się, że nawet Kida, której udało się kiedyś wyciągnąć od uczestników sporo kszczegółów. Zwykle tymi ,,kapusiami'' byli Kad i Nora. Same opisy przerażały, a co mówić widzieć to i czuć wszystko na własnej skórze.
     - Przepraszam... Niepotrzebnie na ciebie naskoczyłem... Po prostu nie przyzwyczaiłem się do takiego zachowania w stosunku do mnie...
     - Zmieniłeś się. Czy to było wtedy, jak musiałeś zdać się na pomoc wujka?
     - Nie. - Odwrócił wzrok i patrzył po prostu na śnieżną ścianę. - Powiedzmy, że miałem owocną w przemyślenia noc.
     - I wtedy pogodziłeś się z Roy'em?
     - Skąd wiesz? - Tym razem spojrzał wilczycy prosto w jasnoniebieskie oczy.
     - Meira widziała, jak schodzicie razem z półki skalnej. Byliście weseli i ewidentnie zadowoleni. Potem jeszcze nasz braciszek sam się do niej odezwał. Wtedy już było pewne, że coś się zmieniło. A gdy dziewczyny rozmawiały przed jaskinią, poruszyły i ten temat... Właściwie to od niego zaczęły. W końcu doszły do wniosku, że nastąpiła jakaś szczera rozmowa między wami i w końcu doszliście do porozumienia.
      - Tak. Tak było - przytaknął. Wolał potwierdzić tę wersję, która w sumie była prawdą, niż wymyślać jakąś nową.
     - Dlaczego akurat dzisiaj? Co tam się stało?
     Tego pytania bał się najbardziej. Moon zauważyła lukę w całej historii, małe ale znaczące niedopowiedzenie. Co skłoniło ich do przebywania w jednym miejscu z własnej woli i jeszcze do zwierzania się?
     - Jakoś tak. Przyszedł na górę i od słowa do słowa...
     - Przestań. Dobrze wiesz, że nigdy sam by do ciebie nie przyszedł. Zresztą, od słowa do słowa? Kiedy ostatnio z nim tak po prostu rozmawiałeś? Nie licząc dzisiejszej nocy oczywiście. Ukrywasz coś, Karo, nie oszukasz mnie.
     Basior otworzył pysk, żeby coś powiedzieć, ale nie wiedział co. Samica miała rację, nie oszuka jej. Nie mógł jej okłamać, ale nie mógł też powiedzieć jej prawdy.
     - To skomplikowane...
     - Więc mi wytłumacz!
     - Chodzi o to, że ja nie mogę ci powiedzieć! Jeszcze nie teraz. Musisz poczekać... Moon, co ty robisz? Moon!
     Wadera po prostu wstała i wyszła z jamy bez słowa. Wilk próbował ją powstrzymać, wybiec za nią, ale gdy tylko wystawił głowę na zewnątrz, powitał go mroźny wiatr. Lekko wilgotne futro dało o sobie znać. Natychmiast cofnął się do środka, zły i rozczarowany. Jeszcze kilka minut temu żałował, że siostra nie drąży tematu, a jak do tego doszło, to wszystko zepsuł. Okazał wilczycy brak zaufania, a przecież chciał jej wszystko powiedzieć. Dlaczego wymyślił tę głupią obietnicę?! Przecież i tak wszystko się wyda! Miał ochotę walnąć z całej siły głową w śnieżne ściany schronienia, ale bał się, że wszystko mogło się wtedy zawalić.
     Nie pokazała mu się na oczy, dopóki godzinę później nie wyruszyli w drogę powrotną do jaskini. Szła z boku, patrzyła w zupełnie inną stronę. Samiec walczył ze sobą chwilę, ale ostatecznie w kilku skokach pokonał dzielącą ich odległość.
     - No hej! Spójrz na mnie! Co jest takiego ciekawego w tych zaspach? - Próbował zażartować, ale nic to nie dało. Głowę trzymała wysoko, dumnie. Nie odpuści mu tak łatwo. - Nie udawaj obrażonej...
     - Skucha, Karo - szepnęła mu do ucha przechodząca obok Taht. - To najgorszy tekst, jaki mogłeś rzucić. - Nie powiedziała nic więcej. Po prostu lekko ich wyprzedziła, śmiejąc się cicho z tej rozmowy. Dołączyła do prowadzącego wszystkich Ronona. On szedł swoim tempem, a reszta odrobinę wolniej.
     - No dobrze. Miałaś powód, żeby się obrazić. Wiem to, ale nie gniewaj się na mnie. Młoda... - Ostatnie słowo wypowiedział żartobliwie i szturchnął siostrę w bok.
     - Tylko nie młoda! - Natychmiast odwróciła łeb w jego stronę. W oczach widać było szalone iskierki, basior już wiedział, że się łamie.
     - Mam cię! - szepnął siostrze do ucha i uśmiechnął się. Ta wydała z siebie dźwięk w stylu ,,pff'' i ponownie uraczyła swoją uwagą okoliczny krajobraz. - Hej, no halo? Przepraszam, słyszysz? - zatrzymał się, siostra zaraz po nim.
     - Wiesz co, ten śnieg tak chrzęści... Mógłbyś powtórzyć?
     - O nie, nie wkręcisz mnie w to. Wystarczy, że powiedziałem raz, a ty wszystko doskonale słyszałaś.
     - Jak chcesz. - Nawet nie spojrzała na brata, po prostu z powrotem ruszyła w kierunku jaskini.
     - Przepraszam - wycedził przez zaciśnięte zęby.
     - Wybacz, mówiłeś coś? - Tym razem także się zatrzymała.
     - Nie denerwuj mnie... - Czekał na ruch Moon, ale ta po prostu zrobiła kolejny krok do przodu. - Przepraszam! - krzyknął. - Teraz usłyszałaś? - powiedział z nutą rozdrażnienia.
     - Zdaje mi się, że tak. - Zawróciła w stronę Kara. - A tobie podobała się lekcja?
     - Jaka znowu lekcja?!
     - Ty też nie raz zbywałeś innych, albo zmuszałeś do upokorzenia się przed tobą. Co prawda było to dawno... Ale wreszcie znalazłam okazję, żeby cię czegoś nauczyć!
     - No to masz małe opóźnienie.
     - Ale się liczy! - Wystawiła język.
     W końcu rodzeństwo roześmiało się, rozładowując napięcie. Mimo to resztę drogi przeszli w milczeniu. Moon zastanawiała się nad tym, czego podobno nie mógł powiedzieć jej brat, a Karo nad tym, co o nim powiedziała siostra, jaki był jeszcze nie tak dawno. Uważał się za najlepszego, najsilniejszego, najskuteczniejszego w polowaniach. Teraz dopiero wiedział, że się mylił.
     Przed jaskinią siedział Shadow. Czekał na powrót kuzyna, nie mógł przepuścić okazji, żeby przywitać go na swój, jedyny w swoim rodzaju, sposób.
     - Cześć, Karo. A już myślałem, że się utopiłeś. - Strzelił szeroki, sztuczny uśmiech.
     - Niestety muszę cię rozczarować. Ale skoro nie chcesz mnie już więcej oglądać to śmiało, rzeka chętnie cię przyjmie.
     Czarny basior wstał z miejsca i podszedł do rozmówcy. Stanął obok niego i już miał coś powiedzieć, ale napotkał ostrzegawczy wzrok ojca. Zacisnął więc tylko mocniej zęby i odszedł jeszcze kawałek, po czym z powrotem usiadł, tyłem do legowiska. Ronon pokręcił zrezygnowany głową i jako pierwszy wszedł do jaskini, za nim Taht, a na końcu rodzeństwo. Natychmiast przypadli do nich Marley i Ramira. Przywódca i dwulatki musieli opowiadać całą historię po kilka razy, bo co chwilę ktoś wracał do groty. Z rana młodzież zawsze się gdzieś rozchodziła i pojawiała się po paru godzinach.
     Wreszcie wszyscy zaspokoili swoją ciekawość i Karo przestał być tematem numer jeden w watasze. Tylko Ramira krążyła jeszcze przy synu, co raz pytając, czy dobrze się czuje. Odpowiedź ,,tak, mamo'' była powtarzana do znudzenia. W końcu basiorowi udało wyrwać się spod opiekuńczych skrzydeł matki. Szukał Oriona i Roy'a. W końcu dostrzegł ich w jednym końcu jaskini. Podszedł do brata i kuzyna, po czym szepnął:
     - Na górę. Już!
     - Przecież... Dopiero wczoraj wszystko obgadaliśmy. Co ty znowu chcesz? - zapytał biało-czarny wilk.
     - Nie zauważyliście, że w naszym planie pojawiła się pewna przeszkoda? - Ponaglał wspólników wzrokiem, aby przytaknęli, okazali jakąkolwiek reakcje. Ci jednak wgapiali się w niego, oczekując na wyjaśnienia. Karo uniósł łeb do góry w geście bezradności, jakby szukał odpowiedzi, jak można być tak niedomyślnym, łagodnie mówiąc. - Idziemy na górę! - wycedził.
     - Ale po co konkretnie?
     - No trzymajcie mnie, bo nie wytrzymam! Bo tak i już!
     Nie miał ochoty na dalsze utarczki słowne i bezcelowe nerwy. Złapał po prostu kuzyna za skórę na boku szyi i zaczął ciągnąć w kierunku wyjścia. Wiedział, że jego brat pójdzie za nimi.
     - Au, au, au, au... - jęczał Orion. Początkowo robił to cicho, ale gdy został zawleczony pod ścieżkę prowadzącą na półkę skalną, przestał już się powstrzymywać. Biało-siwy basior w końcu go puścił.
     - Cicho bądź! Jeszcze kogoś tu ściągniesz.
     - Przecież nikogo nie ma. - Roy rozejrzał się wokół.
     - Ale Moon może się gdzieś tu czaić. Chyba coś podejrzewa... Może nie wie dokładnie, o co chodzi, ale na pewno spróbuje się dowiedzieć. No już! Dajecie! Hop, hop! - ponaglił towarzyszy. Sam wszedł jako ostatni, rozglądając się za błyszczącymi w ciemności oczami, które mogły zdradzić siostrę. Nastał już bowiem późny wieczór, nie mógł wcześniej uwolnić się od pytających o wszystkie szczegóły z dzisiejszego dnia członków stada. Nic nie zauważył, więc zaczął spokojnie wspinać się pod górę. Gdy dotarł do celu, dwa pozostałe basiory już czekały na niego. Roy może i siedział skulony jak zwykle, ale w jego wyroku już widać było zmianę. Patrzył na świat z większą ciekawością i, o dziwo, odwagą.
     - Już? Możesz wreszcie powiedzieć nam, po co ta kolejna tajna narada?
     - Orion - zaczął Karo. Miał łagodny, wręcz pobłażliwy ton, jakby mówił do dziecka. - Wiesz może, co dzisiaj się stało? Ze mną - doprecyzował po chwili.
     - Wpadłeś do rzeki.
     - A dlaczego?
     - Bo zrobiło się cieplej i lód zaczął się rozpuszczać.
     - A jakie to niesie konsekwencje?
     - Roślinożercy będą mogli wreszcie wejść do doliny?
     - Nie! - Nie wytrzymał i podniósł głos. - Znaczy... Tak, ale to nie jest bezpośrednio związane z nami! Rzeka popłynie normalnym nurtem, będą pokrywać ją pojedyncze kry! - krzyknął. Dopiero po chwili zorientował się, że wataha przebywająca w jaskini pod nimi jeszcze nie śpi. Ponownie ściszył głos. - Nie wyjdziemy stąd.
     Na chwilę zastała cisza. Biało-siwemu samcowi zdawało się, że coś słyszy. Nic jednak nie zauważył, a nawet jeśli, to zrzucił wszystko na ptaki.
     - A skąd wiesz, że my w ogóle chcieliśmy wyjść? - zauważył biało-czarny wilk. Mówił w imieniu swoim i nieśmiałego kuzyna. - Mieliśmy tydzień na podjęcie decyzji, a ty ściągnąłeś nas tu już następnej nocy.
     - Nie wiem jak ty - zaczął cicho Roy - ale ja z nim pójdę. W tym roku, czy następnej zimy, ale pójdę. - Podniósł łeb i z pewnością siebie spojrzał po rozmówcach.
     - Wreszcie się pogodziliście? - zapytał Orion, chociaż znał już odpowiedź. - Więc ja też nie mam wyjścia. To co? Kiedy wyruszamy w podróż życia? - Uśmiechnął się. Nie mógł zostać teraz w watasze. Do tej pory myślał, że to na nim ciąży zadanie podjęcia decyzji, a brązowy wilk po prostu zrobi to samo. Wszystko odwróciło się diametralnie. Dogadywał się jednak tylko z kuzynem, gdyby on odszedł, nie miałby nawet z kim porozmawiać. Wszyscy połączyli się w grupy, swego rodzaju paczki do żartowania i spędzania wolnego czasu. On najprawdopodobniej zostałby sam.
     - To co robimy? - zapytał Roy.
     - Mamy dwa scenariusze - zaczął Karo. - Pierwszy jest taki, że cały czas będzie równie ciepło, może nawet cieplej. Wiosna nadejdzie wielkimi krokami i w ciągu kilku tygodni wszystko się zazieleni. Szczerze jednak wątpię w tę wersję. Jest za wcześnie na wiosnę, ale dni odwilży mogą przeplatać się z dniami mrozu. Wtedy rzeka już nie zamarznie, a my nie będziemy mieć żadnego wyboru. Zupełnie inaczej wyglądałaby ta sytuacja, gdyby powróciła ujemna temperatura i utrzymałaby się przez co najmniej dwa tygodnie. Wtedy myślę, że możnaby było zaufać tafli lodu, ale w międzyczasie nie mógłby się pojawić ani jeden cieplejszy dzień, inaczej przejście byłoby ryzykowne. Moja propozycja jest taka, że na razie czekamy. Po tygodniu będzie już mniej więcej wiadomo, czego można się spodziewać, jakiej wersji wydarzeń.
     - I dopiero wtedy podejmiemy decyzję? - upewniał się basior z czarnym pasem na grzbiecie. Z jednej strony było to siedem dni spokoju i beztroskiego życia. Z drugiej strony było to siedem dni niepewności, jaką drogę przez życie wybiorą, a raczej która się przed nimi otworzy.
     - A co będzie, jeśli rzeka nadal będzie topnieć? - zauważył czarno-biały samiec.
     - Jeszcze nie jedna zima przed nami. Za rok nie przegapię najlepszego momentu do odejścia. - Karo spojrzał na górskie szczyty, które przesłaniały mu w tym momencie jego przyszłość. Wiele by dał, żeby stanąć na ich grzbiecie i zobaczyć, co się za nimi znajduje.
     Po tych słowach właściwie nikt już się nie odezwał. Każdy znalazł sobie swoje miejsce na półce skalnej. Usiedli osobno i każdy pogrążył się w swoich myślach. Były różne, ale wszystkie podążały w jednym kierunku. Co powiedzą reszcie, jeśli jednak wszystko pójdzie zgodnie z najlepszym dla nich planem? Była jeszcze kwestia tego, że dalszy ciąg zimy, którego oczekiwali, byłby wyrokiem dla watahy. Na co więc mają liczyć? Na który scenariusz? Ten dobry dla siebie czy dla wszystkich?
     Moon nie mogła uwierzyć w to, co słyszy. Jej bracia i Orion chcieli odejść? Uciec wtedy, kiedy jest najgorzej? Z drugiej strony byłyby to trzy wilki, a do tego basiory, mniej do wykarmienia. Nikt jednak nie wspomniał o powodach tej decyzji, więc wadera mogła się tylko domyślać.
     W pierwszej chwili, gdy usłyszała czarno na białym, że samce porzucają stado, nie mogła uwierzyć. Miała ochotę wybiec z ukrycia i na nich nawrzeszczeć. Schowała się na ścieżce, tak że nad poziom półki skalnej wystawały tylko uszy i oczy. Dziwne, że Karo tego nie zauważył, przecież miała białą sierść, powinna się odznaczać w ciemności. Wilk jednak nawet zwracał na to uwagi. Nie podejrzewał, że powstały w pewnym momencie szelest mogła stworzyć jego siostra. Poruszyła się ona w pewnym momencie nerwowo, stracając kilka kamyczków ze ścieżki. Basior zrzucił to na ptaki, bo taka wersja była najwygodniejsza.
     Wilczyca nie mogła dłużej pozostać w kryjówce. Gdyby samce zdecydowały o powrocie na dół, zostałaby zauważona. Po cichu zaczęła więc wracać do jaskini. Zastanawiała się, co ma zrobić. Powiedzieć o wszystkim przywódcom i rodzicom czy zaczekać? W sumie Karo mówił, że zdecydują o wszystkim za tydzień. Miała więc jeszcze czas, nie musiała się śpieszyć. Postanowiła, że najpierw spróbuje dowiedzieć się czegoś sama, dopiero jeśli nie da rady, to powie o wszystkim Taht i Rononowi.
     Gdy stanęła przed wejściem do jaskini, spojrzała do góry. Z nieba zaczęły spadać pierwsze tej nocy płatki śniegu.

_______________
Rozdział wstawiam od tygodnia... Dobra. Mniejsza.
Moon wybiła się nieco na pierwszy plan ;) Ma ciekawe informacje... Jak je wykorzysta? ;D
Następny rozdział... We wtorek, bo w poniedziałek będę miała sporo lekcji do odrobienia na wtorek. A po tym, jak już będę na bieżąco to opublikuję moje trzy zaległe TAGi od Cleo ;)

Obecnie oglądająca Mam talent xD
Akti